Rowerem z Warszawy do Fronołowa ? - da się ! ;)
Dodane przez Admin dnia Lipiec 13 2009 13:43:14
W piątek ekipa fronołow.pl pokonała rowerami trasę z Warszawy (dokładnie z Kabat) do Fronołowa. W sumie w około 10 godzin pokonaliśmy 168 km (8 godzin 'czystej jazdy' i 2 godziny odpoczynku po drodze, średnia: 21 km/h)

Trochę bolało, ale było lżej niż większość z nas się spodziewała. Już wkrótce kolejne podobne wycieczki!

Zajrzyj do tego newsa - przeczytaj relację !
Rozszerzona zawartość newsa
W piątek ekipa fronołow.pl pokonała rowerami trasę z Warszawy (dokładnie z Kabat) do Fronołowa. W sumie w około 10 godzin pokonaliśmy 168 km. Trochę bolało, ale było lżej niż większość z nas się spodziewała.

Z Warszawy wyruszyliśmy w piątek około godziny 17. Nie udał się bowiem bardzo ambitny plan, by stolicę opuścić już o 15. Trochę się niepokoiliśmy, bo akurat chwilę przed wyruszeniem spadł deszcz. Jednak gdy zaczęliśmy jechać przestało padać i taki stan, na szczęcie, utrzymał się do końca trasy.

W ekipie która opuściła Warszawę znaleźli się: Admin, Ziemba, Katia, Majtek oraz Teść Admina (który akurat tego dnia kończył 58 lat i nie nazywał się Szurkowski ;).

Pierwsze kilometry trasy wiodły ścieżkami rowerowymi wzdłuż warszawskich ulic. W ten sposób pokonaliśmy także trasę siekierkowską. Za trasą skończyła się niestety specjalne rowerowe ścieżki wiec musieliśmy włączyć się w normalny uliczny ruch. A ten w piątek po południu był wyjątkowo duży. Przepychaliśmy się wiec wzdłuż samochodów, kilka z nich mijając o milimetry. Każdy nałykał się też poważnej dawki spalin, na szczęcie już dalsza część trasy pomagała w oczyszczeniu organizmu.


Po wydostaniu się w Warszawy trasą przez Sulejówek skierowaliśmy się w stronę Węgrowa. Jechało nam się tak dobrze, że aż do Stanisławowa, czyli do mniej więcej 50 km, nie zrobiliśmy żadnego postoju. Każdy tylko we własnym zakresie uzupełniał płyny Isostarem. Na trasie doszło też do dwóch niewielkich wypadków, raz Teść Admina nie zmieścił się zakręcie, a to znowu Ziemba za późno zauważył, że rower przed nim ostro hamuje. W ten sposób wykonał najstarszą rowerową figurę świata czyli OTB.

Pierwszy postój nastąpił na stacji benzynowej w Stanisławowie. Wszyscy skorzystali z niego, by się nawodnić i zregenerować siły. Niektórzy dodatkowo postanowili przypudrować sobie pośladki, co miało zapobiec ich odparzeniu w dalszej części trasy.

W tym miejscu dołączył do nas także kolega Grzecho, który od tego miejsca towarzyszył nam już do mety. Z werwą ruszyliśmy w dalszą drogę, choć już teraz zaczęliśmy odczuwać pierwsze dolegliwości podróży. Przede wszystkim bolały pośladki, zmęczone ciągłym dociśnięciem do siodełek.


Następny postój zaplanowaliśmy na zamku w Liwie, jednak do tego czasu zatrzymaliśmy się jeszcze dwa razy. Dobrze sprawdziła się metoda, krótkich 5 minutowych, a częstych postojów. Przy dłuższych postojach wychłodzenie organizmu powodowało, że pierwsze kilometry po odpoczynku były bardzo nieprzyjemne.

Gdy zbliżaliśmy się do zamku w Liwie, okazało się, że Ziemba został bardzo mocno w tyle. Jak to możliwe, żeby w tyle został tak mocny zawodnik? Szybko wyszło na jaw się, że winna jest kontuzja kolana (które popsuło mu się już wiele lat temu).

Niestety próba dalszej jazdy nie powiodła się. Ziemba po postoju w Liwie, dojechał pchany przez wiatr do najbliższej karczmy na przedmieściach Węgrowa. Tam rozpoczął regenerację przemęczonego kolana przykładając od niego dwa zimne piwa. Po godzinie na miejscu pojawił się samochód serwisowy, który zabrał Ziembę do domu nad Bug.

My byliśmy już wtedy w dalszej drodze. Minęliśmy Węgrów i kierowaliśmy się w stronę Sokołowa Podlaskiego. Tak wysokiego tempa jak w pierwszej części dystansu nie udało się utrzymać. Średnia prędkość spadła z około 28 do 22 km/h. Zaszło też słońce, a wraz z tym zrobiło się znacznie chłodniej. Wszyscy powyciągali swoje ciepłe okrycia (poza Teściem Amina któremu nie było zimno :)


Z Sokołowa ruszyliśmy w kierunku Drohiczyna, gdzie dotarliśmy około północy. Kolejny odcinak trasy do Siemiatycz, to cięgle podjazdy i zjazdy - mocne zakończenie długiej trasy. Było już tak późno, że ruch na trasie był minimalny, dlatego jechaliśmy w parach rozmawiając o węzłowych problemach życia we Fronołowie.

Około 2 w nocy dotarliśmy na rondo w Siemiatyczach, a po około pół godzinie i pokonaniu mostu na Bugu byliśmy blisko Fronołowa. Pożegnaliśmy Katię w Bużce i pojechaliśmy do domów.

Do samego Fronołowa odtarliśmy około 3 w nocy. Choć byliśmy zmęczeni, to czuliśmy ogromną satysfakcję, że udało nam się pokonać tak długi dystans.





Wycieczka okazała się znacznie łatwiejsza niż się początkowo wydawało. Przykład Teścia Admina, który w wieku 58 lat pokonał go bez najmniejszych problemów, pokazuje, że mógłoby to zrobić wielu mieszkańców Fronołowa - wystarczą chęci.



Zachęcamy zatem do szukania na stronie informacji o naszych kolejnych rowerowych wyjazdach - mamy już pewną koncepcję ;)






zdjęcia z wyprawy rowerowej znajdują sie w tym albumie.